IndeksCalendarFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Białe wydmy

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Salem
Władca
avatar

Posts : 200
Join date : 29/09/2016
Location : Piekło

PisanieTemat: Białe wydmy   Sob Paź 22, 2016 12:14 pm


B i a ł e    w y d m y

_________________
Widzieliście go? Rycerz chędożony, herbowy! Trzy lwy w tarczy... Dwa srają, a trzeci warczy!


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Mazikeen
Rekrut
avatar

Posts : 25
Join date : 17/10/2016

PisanieTemat: Re: Białe wydmy   Nie Paź 30, 2016 7:18 pm

Spacer, a może błądzenie? Nie, nie tym razem. Tym razem Białej przyświecał pewien cel. Nie był on do końca sprecyzowany, a ona sama nie była pewna, jak dokładnie chce go osiągnąć. Szukała karego ogiera. Był jej winien... co konkretnie? A niech ją zaskoczy! Była w naprawdę niezłym humorze, co można było sklasyfikować jako sytuację wyjątkową w jej smutnym i zazwyczaj nudnym życiu. Gdzież można spotkać władcę Posoki jak nie na terenach Posoki? Mazikeen nigdy wcześniej tu nie była. Wszystko wydawało jej się nowe, piękne i błyszcące. Każda odmiana od obrzydłych dżungli Rakhairu zostałaby przyjęta dokładnie tak samo, tak przypuszczała. Kopyta ugniatały śnieg tworząc krętą ścieżeczkę prowadącą do miejsca, z którego przyszła. Biały puch skrzypiał przy każdym kroku a kłęby pary wydobywały się z rozgrzanych i zdyszanych chrap i wzlatywały ku górze. Zero krwi, nie ma flaków. Klacz uśmiechnęła się pod nosem wspominając słowa Absolema. Przypadło jej do gustu jego pełne imię. Dramatyzował.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Salem
Władca
avatar

Posts : 200
Join date : 29/09/2016
Location : Piekło

PisanieTemat: Re: Białe wydmy   Pon Paź 31, 2016 11:18 am

//Zrobię sobie walkę przy okazji, pozwól Razz

Cholera. Jasna i pierdolona cholera. Febra, mór, kuskus i zaraza!
Świt, jasny świt.
Biała wilczyca, klasycznie. Biała wilczyca z sierścią lśniącą jak łuska, o wodnistych oczach i źrenicach ciemnych i ostrych, zwężonych na podobieństwo ostrzy sztyletów. Była szybka, szybsza niż on - to wystarczyło. Lśniące ostrza zębatej paszczy, gorący oddech. Głuchy skowyt. Wzywa watahę. To wystarczy.
Biegło ich za nim kilkanaście, kilkanaście białych i szarych, wściekłych i gnających jak sam diabeł. Salem gnał jak szaleniec, rwąc śnieg kopytami, strzelając nim jak białym ogniem. Jego umysł, pomimo lodowato niskiej temperatury, pracował na najwyższych, gorących obrotach. Wataha pozostawała wciąż trzydzieści metrów w tyle, ale to niedużo, jeśli chodzi o wyścig na śmierć i życie. Liczyła się tak naprawdę tylko ta biała, ta, która kiedyś prawie go zabiła. Wyścig ofiary i drapieżnika. Oto akt, w którym... Nie. Biegł, ciało pracowało bez wytchnienia, jak miech. Nie uciekał bez celu, o nie, tak nie było. Gdyby stwierdził, że jego sytuacja jest beznadziejna, rozłożyłby się na śniegu i pozwolił wypierwiastkować, wypruć na drugą stronę, nasycić własną krwią i mięsem. Kłęby mlecznej pary buchały z nozdrzy, śnieg nie nadążał z czepianiem się włosia. Czarne jak smoła ciało gnało, gnało, ponieważ goniły je istoty z Piekła rodem.
A może to on był z Piekła rodem. Najwyraźniej każdy ma wrogów.
Lada moment dotrze do wydm lodowych, białych jak pingwini brzuch, skrzących się śnieżną jasnością w promieniach lodowego słońca. Ale najpierw była Przepaść.
Przepaść to jezioro polodowcowe. Niewidoczne dla oka, czyli bardzo ważne, bardzo, ważne. Jest niemal płaskie, nie otaczają go żadne skały ani wzniesienia, jest gładkie jak pupka niemowlęcia, tafla szkli się jak zęby rekina, tylko odrobinę zamrożona. Zasypana śniegiem, białym, ziarnistym firnem. Nierozważny krok pogrzebie go ze szczętem w grobie lodowatej wody.
Jego albo ich.
Znał ten jeden chwyt, chwyt Leżącego Konia, więc w biegu, nie próbując wydziwiać, przewalił się na bok na twardy lód i pojechał. Śnieg zebrał mu się na karku, iskry lodu szły pod jego ciężarem, siateczka pęknięć rosła do aparycji pajęczej sieci. Gdy wataha wstąpiła na lód, złamał się.
Biała wilczyca, ta sama, przebiegła po tonących kamratach, ignorując piski, warkoty, kłapanie zębami. Ich porachunki były niemal osobiste.
Wstał, zanim dobiegła. Wciąż znajdowali się na lodzie, który pękał pod kopytami Salema. Mimo to, samiec wystrzelił z tylnych kopyt i trafił ją w pysk, oblodzony śniegiem. Warknęła, kłapnęła, odskoczył. Tafla złamała się kolejny raz, ogier o barwie smoły w akcie ostrej i zawziętej desperacji rzucił się szczupakiem przez śniegowe płatki i upadł na zbrylony puch, żylastymi nogami natychmiast łapiąc równowagę. Wilczyca za nim; oberwała ostro kopytem, koso zmrużyła ślepia, przywarowała. Migotała po śniegu jak śnieżyna między wirującymi śnieżynami, tylko odrobinę pożółkły kolor piżmowej sierści pozwalał ją odróżnić od otoczenia. I płonące oczy. Nagłym wyskokiem próbowała wgryźć się w jego pęcinę, jego zryw uniemożliwił to, gdy z mocą, zarzuciwszy łbem, czaszką uderzył w jej bok, odrzucił ją do tyłu, niemal wsadził do sadzawki.
Salem, na wpół zgrabiałym z zimna nosem, poczuł dym.
Nocą, tuż przed świtem, po dolinie przetoczyła się burza. Jej znaki wciąż imały się ziemi.
Drzewa, którym wiatr szarpał tak, że zbrylony śnieg opadł, a gdy uderzył w nie piorun i rozbłysnęło płomieniami, tylko je podjudzał.
Rzucił się w jego stronę, drapieżna mięsożerna za nim. Zwężone w szpary ślepia, oddech, gorący. Biegł, dymiło mu z nozdrzy.
Przypadł do drzewa, żar osmalił mu wibryssy, gdy odrywał jedną z gałęzi zębami. Płonące drwa skierował ku wilczycy, musiała się cofnąć. Wszystko, co żyje, musi cofać się przed ogniem. Nie dał jej uciec, nie tym razem, nastąpił jej na ogon tylnym kopytem, wspiął na zady i wdusił przednie w krępe, futrzaste ciało. Przyszpilił ją do ziemi, warcząc prawie jak ona. Miotała się i bluzgała. Wczepił zęby w jej kark, obfita struga krwi spłynęła po jej plecach, skleiła sierść.
Salem, miasto czarostwa!
Imbolc, Yule, Rytuał Zimy!
Czas złożyć ofiarę całopalenia!

Zarzewie pochodni. Przytknął je do krwawych kłaków na skórze śnieżnej wilczycy i spalił ją żywcem. Czerwone płomienie, krew na śniegu. Pożyw się, Pani Lasu. Niebo sczerniało, zszarzało od zlatujących ptaków, żer się rozpoczyna.
Sabat.
Zmył krew i szedł dalej, ściskając pochodnię w zębach.


- Maze - padło z jego ust, gdy tylko stanął na wzniesieniu. Czarną grzywą, jak żaglem, zarzucał wiatr. Płomień pochodni migotał, gdy Absolem zbiegał ze zbrylonej śniegiem zaspy, wydmy, jedna cholera. - Co tu robisz? - Sabat, to czas sabatu. W Piekle. Ibada kuridhika, rytuał spełniony. Niebezpieczeństwo jest ciche, leci na szarych piórach... - Chociaż... ach, tak, pamiętam, obiecałem ci spacer - chłodne spojrzenie ogrzało się trochę, ale się nie uśmiechnął, nawet oczami, nie. Rzadko się uśmiechał.

_________________
Widzieliście go? Rycerz chędożony, herbowy! Trzy lwy w tarczy... Dwa srają, a trzeci warczy!


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Mazikeen
Rekrut
avatar

Posts : 25
Join date : 17/10/2016

PisanieTemat: Re: Białe wydmy   Sro Lis 02, 2016 6:41 pm

Burza rozszalała się, Biała nawet jej nie zauważyła. Dopóki biały błysk nie przeciął nieba, zabarwiając je na trupi kolor. Uderzył w drzewo i dzrewo, bardzo szybko, przestało istnieć. Ciężko takie coś zignorować. Klacz uniosła łeb, do jej nozdrzy napłynął intensywny zapach. Spalenizna, ogień i śmierć. Wzdrygnęła się mimowolnie. Czarna sylwetka odcinała się wyraźnie od śniegów i sinego nieba. Przybyła po swoją ofiarę, Pani Lasu, sam Diabeł może. Ale nie, przecież to znajoma postać.
- Salem - Trąciła go nosem w łopatkę. Na przywitanie.
Z nieba zaczęły spływać białe płatki. Mazikeen zadygotała. Czy było jej zimno? Niekoniecznie. W każdej historii, każdej legendzie, kryje się zawsze ziarno prawdy. Ciężko czerpać inspirację z niebytu. Spojrzała na ogiera. Widziała jego pysk z dołu. Wyglądał całkiem korzystnie z tej perspektywy. Poważnie i godnie. I przyszło jej na myśl, właśnie teraz, w tej chwili...
Czy on ma krew na kopycie?!
- Co ci się stało? - obrzuciła go uważnym spojrzeniem. Krew, choć było jej mało, z pewnością była świeża. Wtapiała się w czarną sierść, szpeciła na brunatno klatkę piersiową i pęciny. Nie należała do niego, cholera. Maze poczuła ulgę. Salem prawdopodobnie nie był ranny.
- Nie nadawałbyś się na władce, gdyby twoje obietnice były warte tyle co gówno i kłaki. Tyle co słowa władcy Rakhairu. Dlatego on nie nadaje się na władcę - czuła się nieco bardziej rozluźniona niż jeszcze chwilę temu. Niż przy ich pierwszym spotkaniu. Dlatego pozwoliła sobie na tę uwagę. Nienawidziła kłamać, nienawidziła milczeć. Była zmuszona, kiedy tylko przekroczy granicę znowu będzie. Tam panowała chora propaganda, strach i /powolny internet/. Tutaj sam śnieg. I krew. Chyba mówił poważnie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Salem
Władca
avatar

Posts : 200
Join date : 29/09/2016
Location : Piekło

PisanieTemat: Re: Białe wydmy   Sro Lis 02, 2016 7:06 pm

Dym z zarzewia (zarodek pożaru; omg omg omg spuoniemy; zdefiniuj pożar, to pomoże!) płonącej pochodni wił się wstęgowato, skręcał, wydymał jak płachta. Wirujące śnieżynki okleiły jego nozdrza, rzęsy. Kłusem zbiegł ze wzgórza, zmielił śnieg, sypki jak piach. W biegu wypluł płonący kij. Jak tu rozmawiać z czymś takim w ustach.
Biała, bielutka, czarnowłosa. Gdyby nie te lśniące pukle, nie odróżniłby jej od podłoża, nie w tej zimowej krainie, nie teraz.
Odpowiedział lekkim tknięciem w szyję. Tak. Też.
Zobaczywszy jej wzrok, spojrzał w dół i lekkim, niegwałtownym ruchem otarł resztki posoki z kopyta, pozostawiając brunatną smugę na puchu. Kopnięciem ukrył ją pod świeżym śniegiem.
- Wilczurka się stała - odparł niskim, zlodowaciałym od zimna głosem. Może mieszkańcy białych pustyń zawsze tacy się stają, zimni, bo klimat wypruł ciepłotę z ich żył. - Zaraza, pełno ich wszędzie.
Śnieg i krew.
Nadstawił uszu, najpierw z lekkim powątpiewaniem, potem zainteresowany.
- Miałaś styczność z takowym? - zapytał, sam bowiem nigdy w życiu nie spotkał naczelnego Raka i jakoś nie garnął się do tego, życie w jego lodowym królestwie wystarczało mu. To źle? To źle? Zdziwaczeje do końca. Do samiuśkiego końca. Senna kraina, pokryta śniegiem i lodem, o barwie słoniowej kości. Nie każdy chce, nie każdy potrafi tu być. Patrzył na nią z zainteresowaniem.

_________________
Widzieliście go? Rycerz chędożony, herbowy! Trzy lwy w tarczy... Dwa srają, a trzeci warczy!


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Mazikeen
Rekrut
avatar

Posts : 25
Join date : 17/10/2016

PisanieTemat: Re: Białe wydmy   Sro Lis 02, 2016 8:35 pm

Łuna wyzierała zza wzgórza. Nie, nie łuna, może to był zachód? Niebo, szare, sine i zimne, falowało. Kolory zmieniały się, a może to zmieniały się oczy, które patrzyły? Zachód, nie, to nie mógł być zachód. Słońce zasnute przez szarą mgłę, ale przecież musiało być jeszcze w górze! Wyżej, jeszcze nie tak nisko! Łuna? To nie mogła by łuna. Śnieg, woda, woda się nie pali! Pochodnia zatoczyła łuk w powietrzu. Zgasła natychmiast po zetknięciu się z wilgocią ziemi. Klacz obserwowała parę unoszącą się ku słońcu, które przecież musiało gdzieś tam być. Poczuła przyjemne mrowienie w miejscu, gdzie chrapy ogiera musnęły jej szyję. Każdy dotyk, każde ciepło zasługuje na docenienie wśród śniegu, mrozu i krwi. Podobała jej się ta metafora, coraz bardziej. Choćby nawet nie była tylko metaforą. Westchnęła cicho. Skinęła głową. Jego głos był lodowaty, jak całe to miejsce. Pod zamkniętymi powiekami dogorywała, po raz kolejny, wilczyca. Nie było jej żal. Całym sercem wierzyła w krąg życia, ciągłość istnienia i nieomylność natury. Coś się rodzi, coś umiera. Coś kończy, a coś zaczyna. Wilczurka nie była jej bliska, czyż nie? Nie było powodu by po niej rozpaczać, nic by jej to nie pomogło. Nie widziała sensu w rozwijaniu tego tematu. Było przecież tak wiele innych...!
Wiatr zawył dziko, przeszył Maze anielskim mieczem Jezu nie aż do szpiku nieprzyjemnym chłodem. Odruchowo przysunęła się do ogiera. O kilka cali. Może kilkanaście.
- Ah Iskaandhara? //nie napisałaś jak się nazywa i nie mogłam skopiować, ty zła// - Uuu, nie najlepszy temat, ale lepszy to niż żaden. Cóż, Biała miała dość wyciszenia i wiecznych milczków. Łaknęła rozmowy i kontaktu, jak jeszcze niedawno biały wilk łaknął rozszarpanych bebechów jej rozmówcy. Najlepiej osobiście.
- Nienawidzę go - nie odpowiedziała bezpośrednio na jego pytanie - Pewnie cię to nie smuci, co?
To przecież logiczne. Łączyła ich polityczna wrogość, z definicji. Rakhair i Posoka wisiały tuż nad granicą wojny, ledwie pchła mogła spowodować nagły wybuch oficjalnego konfliktu. To przecież oczywiste, że nie znosili się nawzajem. Tak musiało być, przynajmniej oficjalnie. Jak była prywatnie? Chciała zapytać. I liczyła na szczerość. Z całego serca pragnęła mu zaufać. Funkcjonowała nadal wedle wyuczonych mechanizmów, to ratowało jej życie. Miała tego dość, dość utartego schematu i wiecznego skrępowania. Pragnęła, by Salem stał się jedynym, przy którym mechanizmy nie będą potrzebne. Na razie nie liczyła na nic więcej, niczego więcej nie wymagała. Na razie nawet tego nie mogła być do końca pewna.
Wpatrywała się w punkt gdzieś obok lewym uchem ogiera. Uciekła od kontaktu wzrokowego.
- Wymordował wszystko, na czym kiedyś mi zależało - jej głos miał brzmieć obojętnie. Lekko drżał - No dalej, na pewno słyszałeś tę historię!
Odważyła się, jej spojrzenie powróciło do błękitnych oczu ogiera.
- Nie chciałabym go spotkać - odpowiedziała w końcu, a spojrzenie stało się intensywne. Jej - granatowe, jego - lodowate, mieszały się ze sobą, łączyły odcienie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Salem
Władca
avatar

Posts : 200
Join date : 29/09/2016
Location : Piekło

PisanieTemat: Re: Białe wydmy   Czw Lis 03, 2016 5:32 pm

Mróz, kuty lód, szepczące drobiny śniegu, ślady... Salem powędrował wzrokiem za spojrzeniem Maze. Słońce było białe, ledwo widoczne zza kurtyny mgieł. Nie miał w zwyczaju długo obserwować nieba. Niebo to możliwości. Niewykorzystane. Nieosiągalne. Karkołomne... Głowa boli. Skupił spojrzenie na kołującym sokole. Ptak miał szare i brązowe pióra. Dziób, ostry jak brzytwa albo klinga wiary anielskiego miecza hehehehehehehehe, lśnił. Salem wizgnął przez nos, poskromił chęć cofnięcia się. To głupie, nie być na samiuśkim końcu łańcucha pokarmowego, to głupie, być etapem pośrednim. To głupie... niemożność obserwacji, bycia powyżej, zachowania neutralności. Sokół krzyknął ostro, przeszywająco, rzucił się pikiem, wyciągnął szpony; to Salem dopowiedział sobie, ze wzrokiem ogarniętym mgłami wysokości; dorwał jakiegoś białego gołąbka, droździka pokoju. Niebo chlusnęło krwią, powietrze zakasłało, śnieg zbroczył się czerwienią. Oknami duszy Salem widział, jak na biały puch sypią się puste w środku ptasie kosteczki, cienkie jak igiełki, chrupkie jak krakersy. W życiu nie jadł krakersów. I widział fontannę piór, obowiązkową, szaro-brązowo-białą, z przewagą tych białych, choć przecież... przecież jest ich mniej... Łańcuch pokarmowy. Samiuśki koniec. Tylko wtedy zachowasz pióra, twarz, godność. Na najwyżej jednej z tych rzeczy zależało Salemowi.
- Jego, jego - potwierdził, wyczuwając tę subtelną nutkę, równie subtelnie ignorując ją. Strzepnął ogonem, uderzył w igiełki lodu osiadłe mu na skórze boków i zadu, gryzące jak muchy. Chciał rozmawiać. Każdy kiedyś musi. Potrzebuję tej rozmowy, Iola. Naprawdę jej potrzebuję. Z braku Ioli może być i Mazikeen. Imię ma stokroć ładniejsze. - Nie. Ale nie rozumiem. Nie potrafię pojąć - przyznał się prostolinijnie, nie drążąc jednak. Niech ona podrąży. Przysunął się tylko lekko, chrapami tknął czubki jej uszu... Ze smolistych chrap puścił się obłok białej pary, wił się, skręcał jak wąż. Gdyby sam nienawidził Iskana, czy jak mu tam było, na pewno nie zbliżałby się do niego stadem. Oj nie, głupi pomysł. A ona? Dlaczego? Czego chciała? Nie pojął. Może pojmie, kiedyś. Tym ciekawsza była biała klacz w jego oczach, lodowatych, niechętnych, błyskających jak pioruny. Kim jesteś? Niech odpowie: młodszą siostrą Jackie! Będzie wesoło. Ubaw po pachy. Stuknął kopytem o lód, bacznie się jej przyjrzał. Coś nowego chciałby w niej dostrzec. Niepojęte.
- To Rakhair. Nie mnie było się do tego wtrącać. Ale... skoro już jesteśmy na wspólnym spacerze wśród śniegów i krwi... możesz mi opowiedzieć. - Chociaż chciał, w jego głosie nie zadźwięczał ten sztuczny entuzjazm, emocja, której ludy używają co chwila, by inspirować, by okazywać uwagę, może radość. Tak. Zwłaszcza radość. On nie umiał, nie był sztuczny. Wybaczał, nie kłamał, złote serduszko. Zmrożone jak lody o gorzkim, nieprzyjemnym smaku metalu i krwi. Tak się prezentował. Może właśnie taki powinien być władca tego wymierającego jak populacja pterodaktyli, lodowato zimnego stada. Ostro w to wierzył. Tak bezpieczniej.

_________________
Widzieliście go? Rycerz chędożony, herbowy! Trzy lwy w tarczy... Dwa srają, a trzeci warczy!


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Mazikeen
Rekrut
avatar

Posts : 25
Join date : 17/10/2016

PisanieTemat: Re: Białe wydmy   Pią Lis 04, 2016 8:42 pm

Och, więc chciał wiedzieć? Mazikeen obrzuciła go uważnym spojrzeniem. Nie była pewna, jakie dokładnie emocje miały się pod nim kryć. Rzadko kiedy była pewna swoich emocji. Ale kto niby był? Często nam się tak zdawało, ale czy byliśmy odpowiednimi osobami do interpretacji czegoś, co dotyczyło nas w tak wielkim stopniu, co dotykało nas tak mocno i było w tak ozywisty sposób subiektywne? Idąc dalej za tym poglądem, wszystkie decyzje powinien podejmować za nas ktoś inny... Jesteśmy strasznie nieodpowiedzialni! Nie zamierzał dodawać nic od siebie? Trochę szkoda, ale wszyscy lubią dużo mówić, tak w głębi serca, jeżeli nie są tłamszeni przez inne, otaczające ich i silniejsze charaktery. Cóż, prawie wszyscy.
- Iskaandhar to podły i zdradziecki tchórz. Nie jest głupi, to pewne...
Maze chciała opowiedzieć tę historię w miarę obiektywnie, ale komletnie jej nie wychodziło. Odchrząkneła. Potraktowała jego słowa jak propozycję i niespiesznym krokiem ruszyła przed siebie. Obejrzała się na niego. Szedł za nią?
- Ale kiedyś wcale nie był tak potężny. Kiedy w Puszczy, na sąsiadujących terenach, żyły dwa stada - czuła się trochę niezręcznie w roli bajrza, czy jak inaczej by tego nie nazwać - Wojna między nimi nie była zbytnim zaskoczeniem. Nie wiem kto wygrywał, bo... - głos jej zadrżał - Tak naprawdę byłam jeszcze źrebakiem. Nie ma już nikogo, kto mógłby poświadczyć, wiesz?
Granatowe oczy wpatrywały się w jego - lodowate. Chyba szukała iskierki ciepła. Czegoś, co może przełamałoby szczelną, zmrożoną barierę, a przynajmniej dało nadzieję, na ewentualną odwilż. Kiedyś, w przyszłości.
- Rakhair zgodził się przystąpić do rozmów pokojowych. Wszyscy łaknęliśmy pokoju.
Teraz patrzyła na zmianę, na horyzont i pod swoje kopyta, które rozbryzgiwały śnieg.
- Władcy przybyli, ba, wszyscy przybyli by zakończyć wojnę. Pokój miał zostać zawarty w pięknym pałacu Ahów. Tymczasem pałac spłynął krwią...
Teraz głos już jej nie drżał, chociaż słowa były straszne. Mówiła obojętnie, ale pewnie.
- To było sprytne zagranie. Zakończył wojnę, zjednoczył stada. Bohater, psia jego mać! Pogwałcił cholerne i święte prawa, stracił honor i zbrukał cały swój ród paskudą zdrady. Ale historię piszą zwycięzcy, nie jest tak?
Obiektywizm umarł w jej pojęciu świata już kilka wyplutych słów temu. Właściwie umarł dużo wcześniej, w samym jej umyśle. Czy Salem naprawdę miał ochotę tego słuchać? Cóż, sam sobie jest winien, to on postanowił trząchać niestabilnym rusztowaniem, choć na oko widać było, że grozi zawaleniem (zagrożenia wtórne aaaaa).
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Salem
Władca
avatar

Posts : 200
Join date : 29/09/2016
Location : Piekło

PisanieTemat: Re: Białe wydmy   Nie Lis 06, 2016 2:13 pm

Emocje kłębiły się w niej, czuł je, parzyły go przez jej skórę, gdy zaczął delikatnie wodzić po niej chrapami. Potem je odsunął, żeby jej nie rozpraszać smyraniem, gdy mówiła. A mówiła z wielką wściekłością, która tryskała zeń niczym strumień ropy z ziemi w Emiratach Arabskich, dawała się wyczuć natychmiast, buchała gorącym dymem. Lubiła mówić? Niech mówi. On nie lubił mówić. On wolał słuchać, bo to, co miał do powiedzenia, nie powinno ujrzeć ostrego, białego słońca, nie powinno dać się ponieść wiatrowi i jego własnej imaginacji. Zachowywał myśli dla siebie. A innym oddawał tylko ochrypłe, cynicznie, suche słowa, brzmiące brzydko jak uderzenia wyszczerbionego miecza o kamień. Nie miał pięknego głosu, a uśmiechał się wyjątkowo paskudnie. Może niektórzy muszą tak wyglądać, może równowaga piękna i paskudności jest ważna. Szalki wagi. Dzyń.
Poruszył uchem, usłyszawszy jej słowa. Mówiła, ale nie argumentowała, więc nawet nie zamierzał tego komentować. Strzepnął ogonem i grzywą, wzniecając tajfun zimnego, białego piasku i ruszył za nią. Napinane mięśnie grały mu pod skórą i ciemną sierścią, a był to przyjemny widok.
- To oczywiste, że każdy pragnie władzy i wielkiego terytorium. Zwłaszcza lider. Przywódca. Mydli sobie oczy. - Mydli oczy. Bo patrząc na koronę, nie widzi ciężaru. Zaślepiają go możliwości. Znika brzemię, znikają problemy, znika kręgosłup moralny, umowy tracą znaczenie. Złoto przesłania ciemność, kryształy pięknie odbijają światło, skupiają wzrok, odciągają go od krwi i zmasakrowanych ciał, destrukcja spowija berło jak najpiękniejsza tkanina z jedwabiu, słodka, delikatna, błyszcząca, zwodnicza.
Kobaltowe oczęta. Salem dał się przyciągnąć jej wzrokowi. Magnetyczne iskry, które czuł przy spotkaniu z Nyks, powróciły. Strzelały wyładowania, świeciły w jej ślepiach. Znowu ciągnęło go jak ćmę do ognia. Ognia. Czego innego mógłby chcieć ten, którego życie jest splecione z ciemności i mrozu? Idąc za nią, znowu musnął pyskiem jej ciało, kłąb. Chciał, żeby wiedziała, że... tak. Że jeśli chce, to... tak. Po prostu tak. Ale, jak zawsze, dawał wybór. Wilk nie chciał uwiązanej owieczki. Chciał wilczycy. Mocnej, silnej, o ostrych kłach, kocim refleksie i oczach błyszczących życiem. Nawet nie miłością. Ciężko mu było kochać.
- Pokój - wychrypiał. Głos miał mroźny. Jak cholerny zimowy dziadek. - Piszą, tak było od zawsze. Możemy sądzić... że jesteśmy kimś więcej. Ale jesteśmy masą. Tym samym. I mamy te same żądze, od zawsze - dodał, jakby zły, a ciężko było pojąć, co go rozeźliło. Ah Iskaandhar? Mazikeen? Życie? Ciężko odpowiedzieć. Subiektywizm w historii Maze był konieczny, może. Kim by było, mówiąc o tamtych zdarzeniach bez patosu i złości? Historia. Każdy chce się w niej zapisać jako Ten Ktoś. Ten, Który Wygrał. Zwycięzca. Ten, Który Kładzie Kopyto Na Głowach Poległych Wojowników, Biały Płomień Tańczący Na Kurhanach Wrogów! Bo któż chciałby być mierny, któż chciałby być brzydki i szorstki?

_________________
Widzieliście go? Rycerz chędożony, herbowy! Trzy lwy w tarczy... Dwa srają, a trzeci warczy!


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Mazikeen
Rekrut
avatar

Posts : 25
Join date : 17/10/2016

PisanieTemat: Re: Białe wydmy   Sro Lis 09, 2016 6:39 pm

Chrapy Salema gładziły jej skórę. Przbiegł ją dreszcz. Owszem, rozpraszał. Ale też uspokajał. Czuła się uspokojona. Stabilniejsza. Jej spojrzenie mówiło, by nie przestewał, że nie musi. Przyzwalało. Tymczasem on milczał. Nie komentował, nie przerywał. Ledwie zauważyła, po raz kolejny zbyt... Zanurzyła się za głęboko. Po raz kolejny, lecz po raz pierwszy zrobiła to na głos. Ledwie zauważyła.
- Och, ależ oczywiście. Nie przeszkadza mi to. Czuję subiektywną złość, bo wymordował moją rodzinę - wyjaśniła uprzejmie. Parsknęła cichym, nerwowym śmiechem. Zaraz umilkła.
- Możesz mi opowiedzieć - zasugerowała - O władcy i wielkim terytorium.
Przez chwilę obserwowała grę mięśni pod skórą ogiera. Odwróciła wzrok, przeniosła go z powrotem w górę. Na jego oczy. Nie była pewna, co myślał, co chciał przekazać. Ale zobaczyła w nich coś innego, czego raczej się nie spodziewała. Iskierki. Nadal były to iskry lodowate, błękitne ślepia naelektryzowane ujemnie... Drgnęła. Jego głos brzmiał ochryple. Wcale jej się nie podobał. Ale z jakiegoś powodu ją podniecał. Zamaskowała uczucia, przynajmniej próbowała. Ogarnął ją jakiś wstyd. Skrzywiła się w duchu, przeklęła samą siebie.
- Niektórzy tak właśnie myślą. - Czy to była propozycja? - Pewnie tak właśnie jest. Ale to nie wszystko. Przecież istnieje coś więcej niż żądze!
Bujne włosie smyrnęło tylne pęciny. Bujność przypłaciła wiecznie uwalaną w błocie końcówką ogona.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Białe wydmy   

Powrót do góry Go down
 
Białe wydmy
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» UFO - 17.05.2011
» UFO - 18.05.2011
» UFO - 25.07.2011
» UFO - 16.08.2011
» UFO - 12.09.2011

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Posoka :: Posoka :: Przełęcz Lodowców-
Skocz do: